|
Menu strony
|
· · · · · · · · · · · · · · ·
|
|
|
Nadchodzące imprezy . . .
|
· · · · ·
|
|
|
Nowe na stronie
|
Wywiad · Relacja · Bootlegs · Bootlegs · Bootlegs · Bootlegs · Bootlegs · Relacja · Relacja · Bootlegs ·
|
|
|
Logowanie
|
| Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|
|
Kto jest na stronie
|
Aktualnie jest 15 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj |
|
|  |
|
BLACKFIELD Festival 2010

festiwal: BLACKFIELD
grupy: Scream Silence, Jesus On Extasy, Aesthetic Perfection, Girls Under Glass, Zeromancer, Diorama, Vive La Fete, Deathstars, Covenant, Front 242
data: 12 czerwca 2010
miejsce: Gelsenkirchen (Niemcy)
Powoli festiwal w Gelsenkirchen staje się oprócz rzecz jasna naszego Castle Party moim podstawowym punktem programu pod tytułem: „Coroczne tourne koncertowe”.
Blackfield 2009 uraczył mnie wspaniałą atmosferą i dostarczył niesamowitych wrażeń samego „Amphitheater Gelsenkirchen” jak i tego, co bezpośrednio działo się na deskach scenicznych.
Koncert VNV Nation to jedno z najwspanialszych wydarzeń muzycznych, w jakim przyszło mi uczestniczyć.
W tym roku program sobotni był tak atrakcyjny, że nie było długiego zastanawiania się czy zrobić te 700km, aby tam być.
Na szczęście organizatorzy imprezy tak zestawili wykonawców, że wszystko to, co tygrysy synth/electro lubią najbardziej odbyło się pierwszego dnia, cóż Unheilig i Subway To Sally z drugiego dnia to zupełnie nie moja bajka.
W stosunku do roku ubiegłego zaszły niewielkie zmiany organizacyjne.
Impreza została zawężona do dwóch dni, rok temu odbyło się jeszcze piątkowe Before party z grupą Seabound w roli głównej, w tym roku odstąpiono od tego.
Miasteczko festiwalowe znacznie się rozrosło o kolejne stoiska generalnie związane z tym wszystkim, co można na siebie włożyć, aby dobrze się czuć w nawiązaniu do pewnej kultury muzycznej.
Znacznie mniej za to było stoisk z płytami, których spore oblężenie wskazuje, że zapotrzebowanie na srebrne krążki nadal w narodzie niemieckim nie ginie.
Tradycyjnie już można było napełnić żołądek strawą mięsno-rybno-wegetariańską oraz nawodnić się dowolnie wybranym trunkiem, w czym królowało miernej jakości piwo.
W tym przypadku nasze Castle Party nadal jest trendy.
Tyle w skrócie, bo przecież nie będę opowiadał o cenach, warunkach sanitarnych gdzie tradycyjnie już zamiast popularnych u nas Toi Toi rządził barak z rynną płaczu.
Ludzi jakby nieco mniej niż rok temu, choć to moje subiektywne odczucie, współuczestnicy tej wyprawy twierdzili, co innego.
Ogólne ramy pozostały te same, czyli start z zegarkiem w ręku od godziny 12: 00 i ścisłe trzymanie się ram czasowych, które jedynie Front 242 pozwolił sobie złamać na końcu, czyżby to już wyznacznik tej grupy patrząc na ubiegłoroczny Bolków?
Naturalnie na Blackfield jest to, czego mam nadzieję doczekać się kiedyś na Castle Party a w Niemczech nazywa się Autogrammstunden.
Miło jest dać swoim ulubieńcom płytę do podpisania tudzież uwiecznić się wspólnej fotce. Tegoroczne spotkanie z Zeromancerem dla mnie osobiście bezcenne.
To, co w Gelsenkirchen się również nie zmieniło w stosunku do roku ubiegłego to pogoda.
Przywitał nas drobny deszcz a zakończyło się prawie upalnie i dlatego też otwierający koncerty występ Scream Silence również przeleciał nam jak opad atmosferyczny.
Niespecjalnie przepadam za chłopakami w czerni z gitarami z tego zespołu a wokal Hardy Fietinga nawet mnie lekko drażni, ale jak wiemy to rzecz gustu i zapewne kapela ma swoich fanów, którzy nie zważając na kapiący z nieba deszcz uczestniczyli w tym pół godzinnym występie.
Jesus On Extasy przepędził chmury, ale nie dlatego, że występ był jakoś specjalnie porywający.
Dwie gitary, kobieta na klawiszach, bębniarz i mimo wszystko dość przeciętny frontman, który w akcie desperacji rzucił się nawet w tłum nie zrobiło wymaganego wrażenia.
Zespół bardziej pasuje raczej na rockowe imprezy niż związane z tematyka dark/gotyk/electro.
Aesthetic Perfection i w końcu zrobiło się ciekawie.
Widać było, że chcieli bardzo a Daniel Graves dwoił się i troił przemierzając scenę wzdłuż i wszerz nacierając wokalnym krzykiem w różnych odmianach, ale również korzystając z tradycyjnej formy wokalnej jak choćby w rewelacyjnym „The Ones”.
Całość zespołu przypominała nieco zestaw, który prezentuje Rabia Sorda- wokal, klawisze i tradycyjne bębny a co za tym idzie podobny zestaw ekspresji, choć umiejętności jeszcze dalekie.
Nie umniejsza to pozytywnego wrażenia, jakie zrobili na festiwalowej publiczności za sprawą „The Siren” czy „Spit It Out”.
Czekam na nowy album, mam nadzieję, że się nie zawiodę.
Girls Under Glass, zastanawiam się, jaki jest sens grania koncertów przez taki band o godzinie 14:35 ?
Volker Zacharias wyglądał jak wypłoszony z jaskini nietoperz, a pozostali członkowie grupy próbowali nadrabiać dobrą miną, świadczącą, że wszystko jest ok.
Weterani tym razem po prostu odegrali koncert zaczynając od coveru Madonny – „Frozen”.
Dla tych mniej zorientowanych przypominam, że na gitarze w tej grupie gra Lars Baumgardt, którego sposobność poznania mieli swego czasu fani de/vision.
Koncert nie zachwycił a ja odniosłem wrażenie, że fanów pod sceną jest mniej niż podczas poprzedzającego Aesthetic Perfection, czas na zmianę pokoleniową?
Na pewno czas na ustawienie takiego zespołu w porze wieczorowej, ponieważ zasługuje sobie na to, a wtedy takie utwory jak „Ohne Dich” czy „Never Go” zabrzmiałyby zdecydowanie lepiej.
Zeromancer – nie będę robił z tego tajemnicy, to jeden z głównych powodów, dla których znalazłem się w Gelsenkirchen.
Uczucie głodu, jakie pojawiło się podczas obejrzenia ich, jako supportu do trasy z Unheiligiem w końcu zostało oddalone.
Z czterech do tej pory przeżytych wspólnie koncertów tej formacji, ten był zdecydowanie najlepszy. Jeden z ważniejszych portali niemieckich traktujących o „tym” gatunku muzycznym w relacji z festiwalu z pierwszego dnia ocenił ich na drugie miejsce.
Lepsi byli tylko goście z Front 242.
Zaczęli od długiego intro, które przeszło w „V”, po którym kupili publiczność „Doppelganger, I love you”, już wtedy było widać, że to będzie niecodzienny koncert.
„Clone Your Lover” a następnie „Need you like a Drug” rozpętało prawdziwe norweskie tornado.
Są na niesamowitym gazie, Alex zaś w życiowej formie.
Jeśli chodzi o frontmanów to mój zdecydowany numer jeden.
Facet jest ciągle w świetnej formie wokalnej oraz fizycznej, tradycyjnie już pozbywa się odzieży w połowie koncertu szalejąc na scenie z nagim torsem i powiem jedno, panowie na widok jego „kaloryfera” niejeden z was odstawi piwo i karkówkę z grilla.
„Sinners International” przypomniało nam jak świetnym albumem był ten z roku ubiegłego.
„Ammonite”, zdarza się jeszcze podczas koncertu, już coraz mniej, bo moje gały niejedno już widziały, że coś mnie wzruszy do szpiku kości.
Blackfield 2010 miał dla mnie taki moment, właśnie podczas tego utworu.
Chwila, kiedy Alexowi towarzyszy odgłos dwóch werbli plus Noralf na perkusji powoduje u mnie stan emocjonalnej zapaści.
Tego dnia wykonanie „Ammonite” na wielu osobach wywarło kolosalne wrażenie.
„Hate Alphabet” zagrane agresywnie podparte wokalem basisty Kima Ljunga podtrzymało dobre tempo koncertu trzymając w ekstazie tych wszystkich, którzy zgromadzili się pod sceną, aby czynnie uczestniczyć w tym wyjątkowym wydarzeniu.
Jeszcze tylko “It sounds like love, but it looks like Sex” i…”Photographic” z repertuaru Depeche Mode.
Nie spodziewałem się, że przyjdzie dzień, kiedy powiem coś takiego, ale ten cover jest lepszy od oryginału.
Poprzedzony stosowną zapowiedzią Alexa, że to był a właściwie jest specjalny zespół dla nich a ten utwór jest wyrazem hołdu.
To, co zrobili na scenie muzycznie z tym utworem ozdabiając stosownym performance rzuca na kolana składając łapki w geście dziękczynnym.
Kończący „Doktor Online” potwierdził sens bycia oddalonym od domu o 700km.
Jeśli potraktować serio pewien tekst o tym, że w życiu ważne są tylko chwile, to moment bycia w tej chwili pod sceną wypełniał w 100% to założenie.
Gdyby tak jeszcze dźwiękowcy dostosowali się do poziomu show byłoby idealnie, niestety nie była to jedyna wpadka speców od konsolety tego dnia, najgorsze miało dopiero nadejść za sprawą Front 242, ale zanim panowie z Beneluxu, na scenie zameldowała się Diorama.
Żywo w pamięci mam jeszcze genialny koncert w Poznaniu. Tym razem było jedynie poprawnie.
Ułożyli sobie panowie seta w ten sposób:
01. Child of Entertainment
02. Kein Mord
03. Ignite
04. Record Deal
05. Stereotype
06. Advance
07. Why
08. Synthesize me
Jak widać połowa materiału to album „Cubed”, co jest zrozumiałe ze względu na promocję nowego materiału, ale ja odniosłem wrażenie, że publiczność oczekiwała jednak nieco czegoś innego.
Zdecydowanie nastroje poprawiła końcówka seta, ale mając w pamięci różne ich koncerty można podsumować występ: „stać ich na więcej”.
Być może Diorama ma podobny problem, co brytyjski Mesh, świetnie wypadają na swoich pełnych koncertach, dużo słabiej na festiwalach, gdzie przychodzi grać im o różnych porach i w okrojonym zestawie utworów.
Vive La Fete – no i co ja mam teraz napisać?
Fotki zrobione i natychmiastowa ewakuacja na wursta i beer.
Nie łapię takiego grania, i szczerze mówiąc tak niewielka jak na taki festiwal liczba fanów pod sceną świadczyła, że ktoś się tutaj pomylił w drabince festiwalowej.
To oprócz Deathstars największa porażka pierwszego dnia imprezy, a wspomniany drugi zespół to idealny przykład triumfu image scenicznego nad muzyką.
Przez moment zastanawiałem się czy na wokalu nie prezentuje się Michael Jackson i nie o umiejętności tutaj chodzi.
Pozostała część ekipy prezentowała się równie podobnie w mundurkach i trupio bladymi twarzami bardziej zainteresowana była efektownymi młynkami z gitara niż pilnowaniem techniki grania. Niestety takie kiczowate show miało sporą grupę zwolenników potwierdzając, że Niemcy lubią tego typu przedstawienia.
Muzycznie próba ściągania od Rammstein, Marilyn Manson i dowolnie wybranej metalowej grupy choćby ze Skandynawii.
Mało to ambitne, a może po prostu moje roczniki mają nieco bardziej wygórowane oczekiwania.
Covenant – ha i to jeden z kolejnych powodów bycia tego już wieczoru, bo zespół wystartował o 20:10 w tym urokliwym miejscu.
Nowego albumu wciąż brak, oczekiwania moje były, co do nowego materiału live, a tu na jedenaście numerów dwa nowe w tym jeden znany z Castle Party 2009.
Hmm nie rozpieszczają nas panowie Eskil, Joakim i Daniel.
Dla porządku podaję pełny set list:
01. Stalker Intro
02. Stalker
03. 20hz
04. Dynamo Clock
05. Invisible & Silent
06. If I would give my soul
07. The Men
08. Ritual noise
09. Call the ships to port
10. Der Leiermann
Dziwny to był koncert, bardzo wyważony i technicznie zagrany bez tego polotu, swoistego luzu i rewelacyjnego kontaktu Eskila z publicznością.
W żadnym wypadku nie sposób go porównać z występem na ubiegłorocznym Castle Party, to zupełnie inny band jest teraz.
Inaczej poukładany z dużym piętnem odciśniętym przez Daniela.
Czy to dobrze…myślę, że odpowiedzią na to będzie nowy album, jeśli zaś chodzi o live jest nieco nietypowo, jeśli chodzi o zestaw utworów jak nowe aranżacje, w których Daniel maczał swoje palce.
Jakby na to nie patrzeć i co by nie mówić, koncert zagrany z dużą klasą, bardzo profesjonalny i spokojnie powinien trwać kolejną godzinę.
Eskil rozkręcał się z utworu na utwór.
Joakim maksymalnie wyluzowany a Daniel raz za razem robił z pałek wióry masakrując swój zestaw perkusyjny choćby na „Dynamo Clock”.
Bardzo eleganckie wręcz dystyngowane wykonanie „If Gould give my soul”, rewelacyjne „Ritual noise” czy też bardzo interesujące ze względu na mocny udział aranżacyjny Daniela w „Call the ships to port”.
Deser czy też jedyny bis w postaci „Der Leiermann” równie gustowny jak marynarki całej trójki, no może z wyjątkiem Daniela, bo jemu gajer zupełnie nie pasuje.
Front 242 – czy komuś trzeba przedstawiać ten zespół ?!
Headliner wieczoru anonsował swój występ, jako „Best of show!”.
Czy taki był, to zależy, jak kto na to spojrzy, ponieważ dyskografia jest tak obszerna, że zawsze komuś, czego będzie brakowało, jak choćby mnie „Happiness”.
Zaczęli dość nietypowo, bo od spóźnienia, co jest wręcz niepojęte na tym festiwalu i bez zapowiedzi.
Ot tak weszli na scenę przy zapadającym zmroku i zaczęli od „Body To Body”.
Muszę przyznać, że po raz pierwszy widziałem tak szalejącą niemiecką publiczność, dość ostre pogo od samego początku wymagające reakcji ochrony, ale również samego zespołu.
Tradycyjnie podaję set listę, bo to ważne w tym przypadku:
01. Body To Body
02. Together
03. Moldavia
04. Tragedy For You
05. Circling Overland
06. No Shuffle
07. Headhunter
08. Triple X Girlfriend
09. Quite Unusual
10. Funkadafi
11. Lovely Day
12. 7 Rain
13. Religion
14. Welcome To Paradise
15. Take One
16. Im Rhythmus Bleiben
i na jedyny bis
17. Kampfbereit
Zestaw marzeń, zapewne wiele osób byłoby bardzo zadowolonych, ja byłem.
Cała ekipa a więc Jean-Luc DeMeyer, Daniel Bressanutti, Patrick Codenys i Richard “23” Jonckheere rozgrzewała się coraz bardziej wraz z upływającym czasem i kolejnymi utworami.
Start wypadł może nieco blado, ale już od „Tragedy For You” wszystko szło gładko i demolka beatem trwała w najlepsze.
Utwory w zmienionych aranżacjach wymiatały i trudno cokolwiek specjalnie wyróżnić.
Na pewno „Headhunter” „Lovely Day” „Religion” a szczególnie „Im Rhythmus Bleiben” nie zapominając naturalnie o „Welcome To Paradise” powodowały drżenie serca.
Szkoda, że facet pilnujący dźwięku zaspał tego wieczoru, usilnie dążył do tego abyśmy ogłuchli od fatalnie ustawionych przodów.
Muzycznie Front ma zmiatać i ścinać w kolanach stojących pod sceną, ale raczej muzyczną wirtuozeria a nie suwakami konsolety ustawionymi w pozycji max.
Koncert oprawiony był w wizualizację, która nabierała smaka wraz z zapadającym zmrokiem.
Zakończyli lekko przed czasem wzbudzając niepokój, niedosyt i uczucie lekkiego gwiazdorzenia.
Tylko jeden bis, oczywiście wręcz kultowy, ale mogli więcej, mieli czas…
Tak zakończył się pierwszy dzień Festivalowy. Znów pozytywne wrażenie, i znów to uczucie, kiedy wraca się przez industrialny park w Gelsenkirchen chęci powrotu tutaj za rok, a data kolejnej edycji już ustalona25-26 czerwiec 2011.
Pozostaje czekać na zestaw wykonawców.
Powoli festiwal w Gelsenkirchen staje się oprócz rzecz jasna naszego Castle Party moim podstawowym punktem programu pod tytułem: „Coroczne tourne koncertowe”.
Blackfield 2009 uraczył mnie wspaniałą atmosferą i dostarczył niesamowitych wrażeń samego „Amphitheater Gelsenkirchen” jak i tego, co bezpośrednio działo się na deskach scenicznych.
Koncert VNV Nation to jedno z najwspanialszych wydarzeń muzycznych, w jakim przyszło mi uczestniczyć.
W tym roku program sobotni był tak atrakcyjny, że nie było długiego zastanawiania się czy zrobić te 700km, aby tam być.
Na szczęście organizatorzy imprezy tak zestawili wykonawców, że wszystko to, co tygrysy synth/electro lubią najbardziej odbyło się pierwszego dnia, cóż Unheilig i Subway To Sally z drugiego dnia to zupełnie nie moja bajka.
W stosunku do roku ubiegłego zaszły niewielkie zmiany organizacyjne.
Impreza została zawężona do dwóch dni, rok temu odbyło się jeszcze piątkowe Before party z grupą Seabound w roli głównej, w tym roku odstąpiono od tego.
Miasteczko festiwalowe znacznie się rozrosło o kolejne stoiska generalnie związane z tym wszystkim, co można na siebie włożyć, aby dobrze się czuć w nawiązaniu do pewnej kultury muzycznej.
Znacznie mniej za to było stoisk z płytami, których spore oblężenie wskazuje, że zapotrzebowanie na srebrne krążki nadal w narodzie niemieckim nie ginie.
Tradycyjnie już można było napełnić żołądek strawą mięsno-rybno-wegetariańską oraz nawodnić się dowolnie wybranym trunkiem, w czym królowało miernej jakości piwo.
W tym przypadku nasze Castle Party nadal jest trendy.
Tyle w skrócie, bo przecież nie będę opowiadał o cenach, warunkach sanitarnych gdzie tradycyjnie już zamiast popularnych u nas Toi Toi rządził barak z rynną płaczu.
Ludzi jakby nieco mniej niż rok temu, choć to moje subiektywne odczucie, współuczestnicy tej wyprawy twierdzili, co innego.
Ogólne ramy pozostały te same, czyli start z zegarkiem w ręku od godziny 12: 00 i ścisłe trzymanie się ram czasowych, które jedynie Front 242 pozwolił sobie złamać na końcu, czyżby to już wyznacznik tej grupy patrząc na ubiegłoroczny Bolków?
Naturalnie na Blackfield jest to, czego mam nadzieję doczekać się kiedyś na Castle Party a w Niemczech nazywa się Autogrammstunden.
Miło jest dać swoim ulubieńcom płytę do podpisania tudzież uwiecznić się wspólnej fotce. Tegoroczne spotkanie z Zeromancerem dla mnie osobiście bezcenne.
To, co w Gelsenkirchen się również nie zmieniło w stosunku do roku ubiegłego to pogoda.
Przywitał nas drobny deszcz a zakończyło się prawie upalnie i dlatego też otwierający koncerty występ Scream Silence również przeleciał nam jak opad atmosferyczny.
Niespecjalnie przepadam za chłopakami w czerni z gitarami z tego zespołu a wokal Hardy Fietinga nawet mnie lekko drażni, ale jak wiemy to rzecz gustu i zapewne kapela ma swoich fanów, którzy nie zważając na kapiący z nieba deszcz uczestniczyli w tym pół godzinnym występie.
Jesus On Extasy przepędził chmury, ale nie dlatego, że występ był jakoś specjalnie porywający.
Dwie gitary, kobieta na klawiszach, bębniarz i mimo wszystko dość przeciętny frontman, który w akcie desperacji rzucił się nawet w tłum nie zrobiło wymaganego wrażenia.
Zespół bardziej pasuje raczej na rockowe imprezy niż związane z tematyka dark/gotyk/electro.
Aesthetic Perfection i w końcu zrobiło się ciekawie.
Widać było, że chcieli bardzo a Daniel Graves dwoił się i troił przemierzając scenę wzdłuż i wszerz nacierając wokalnym krzykiem w różnych odmianach, ale również korzystając z tradycyjnej formy wokalnej jak choćby w rewelacyjnym „The Ones”.
Całość zespołu przypominała nieco zestaw, który prezentuje Rabia Sorda- wokal, klawisze i tradycyjne bębny a co za tym idzie podobny zestaw ekspresji, choć umiejętności jeszcze dalekie.
Nie umniejsza to pozytywnego wrażenia, jakie zrobili na festiwalowej publiczności za sprawą „The Siren” czy „Spit It Out”.
Czekam na nowy album, mam nadzieję, że się nie zawiodę.
Girls Under Glass, zastanawiam się, jaki jest sens grania koncertów przez taki band o godzinie 14:35 ?
Volker Zacharias wyglądał jak wypłoszony z jaskini nietoperz, a pozostali członkowie grupy próbowali nadrabiać dobrą miną, świadczącą, że wszystko jest ok.
Weterani tym razem po prostu odegrali koncert zaczynając od coveru Madonny – „Frozen”.
Dla tych mniej zorientowanych przypominam, że na gitarze w tej grupie gra Lars Baumgardt, którego sposobność poznania mieli swego czasu fani de/vision.
Koncert nie zachwycił a ja odniosłem wrażenie, że fanów pod sceną jest mniej niż podczas poprzedzającego Aesthetic Perfection, czas na zmianę pokoleniową?
Na pewno czas na ustawienie takiego zespołu w porze wieczorowej, ponieważ zasługuje sobie na to, a wtedy takie utwory jak „Ohne Dich” czy „Never Go” zabrzmiałyby zdecydowanie lepiej.
Zeromancer – nie będę robił z tego tajemnicy, to jeden z głównych powodów, dla których znalazłem się w Gelsenkirchen.
Uczucie głodu, jakie pojawiło się podczas obejrzenia ich, jako supportu do trasy z Unheiligiem w końcu zostało oddalone.
Z czterech do tej pory przeżytych wspólnie koncertów tej formacji, ten był zdecydowanie najlepszy. Jeden z ważniejszych portali niemieckich traktujących o „tym” gatunku muzycznym w relacji z festiwalu z pierwszego dnia ocenił ich na drugie miejsce.
Lepsi byli tylko goście z Front 242.
Zaczęli od długiego intro, które przeszło w „V”, po którym kupili publiczność „Doppelganger, I love you”, już wtedy było widać, że to będzie niecodzienny koncert.
„Clone Your Lover” a następnie „Need you like a Drug” rozpętało prawdziwe norweskie tornado.
Są na niesamowitym gazie, Alex zaś w życiowej formie.
Jeśli chodzi o frontmanów to mój zdecydowany numer jeden.
Facet jest ciągle w świetnej formie wokalnej oraz fizycznej, tradycyjnie już pozbywa się odzieży w połowie koncertu szalejąc na scenie z nagim torsem i powiem jedno, panowie na widok jego „kaloryfera” niejeden z was odstawi piwo i karkówkę z grilla.
„Sinners International” przypomniało nam jak świetnym albumem był ten z roku ubiegłego.
„Ammonite”, zdarza się jeszcze podczas koncertu, już coraz mniej, bo moje gały niejedno już widziały, że coś mnie wzruszy do szpiku kości.
Blackfield 2010 miał dla mnie taki moment, właśnie podczas tego utworu.
Chwila, kiedy Alexowi towarzyszy odgłos dwóch werbli plus Noralf na perkusji powoduje u mnie stan emocjonalnej zapaści.
Tego dnia wykonanie „Ammonite” na wielu osobach wywarło kolosalne wrażenie.
„Hate Alphabet” zagrane agresywnie podparte wokalem basisty Kima Ljunga podtrzymało dobre tempo koncertu trzymając w ekstazie tych wszystkich, którzy zgromadzili się pod sceną, aby czynnie uczestniczyć w tym wyjątkowym wydarzeniu.
Jeszcze tylko “It sounds like love, but it looks like Sex” i…”Photographic” z repertuaru Depeche Mode.
Nie spodziewałem się, że przyjdzie dzień, kiedy powiem coś takiego, ale ten cover jest lepszy od oryginału.
Poprzedzony stosowną zapowiedzią Alexa, że to był a właściwie jest specjalny zespół dla nich a ten utwór jest wyrazem hołdu.
To, co zrobili na scenie muzycznie z tym utworem ozdabiając stosownym performance rzuca na kolana składając łapki w geście dziękczynnym.
Kończący „Doktor Online” potwierdził sens bycia oddalonym od domu o 700km.
Jeśli potraktować serio pewien tekst o tym, że w życiu ważne są tylko chwile, to moment bycia w tej chwili pod sceną wypełniał w 100% to założenie.
Gdyby tak jeszcze dźwiękowcy dostosowali się do poziomu show byłoby idealnie, niestety nie była to jedyna wpadka speców od konsolety tego dnia, najgorsze miało dopiero nadejść za sprawą Front 242, ale zanim panowie z Beneluxu, na scenie zameldowała się Diorama.
Żywo w pamięci mam jeszcze genialny koncert w Poznaniu. Tym razem było jedynie poprawnie.
Ułożyli sobie panowie seta w ten sposób:
01. Child of Entertainment
02. Kein Mord
03. Ignite
04. Record Deal
05. Stereotype
06. Advance
07. Why
08. Synthesize me
Jak widać połowa materiału to album „Cubed”, co jest zrozumiałe ze względu na promocję nowego materiału, ale ja odniosłem wrażenie, że publiczność oczekiwała jednak nieco czegoś innego.
Zdecydowanie nastroje poprawiła końcówka seta, ale mając w pamięci różne ich koncerty można podsumować występ: „stać ich na więcej”.
Być może Diorama ma podobny problem, co brytyjski Mesh, świetnie wypadają na swoich pełnych koncertach, dużo słabiej na festiwalach, gdzie przychodzi grać im o różnych porach i w okrojonym zestawie utworów.
Vive La Fete – no i co ja mam teraz napisać?
Fotki zrobione i natychmiastowa ewakuacja na wursta i beer.
Nie łapię takiego grania, i szczerze mówiąc tak niewielka jak na taki festiwal liczba fanów pod sceną świadczyła, że ktoś się tutaj pomylił w drabince festiwalowej.
To oprócz Deathstars największa porażka pierwszego dnia imprezy, a wspomniany drugi zespół to idealny przykład triumfu image scenicznego nad muzyką.
Przez moment zastanawiałem się czy na wokalu nie prezentuje się Michael Jackson i nie o umiejętności tutaj chodzi.
Pozostała część ekipy prezentowała się równie podobnie w mundurkach i trupio bladymi twarzami bardziej zainteresowana była efektownymi młynkami z gitara niż pilnowaniem techniki grania. Niestety takie kiczowate show miało sporą grupę zwolenników potwierdzając, że Niemcy lubią tego typu przedstawienia.
Muzycznie próba ściągania od Rammstein, Marilyn Manson i dowolnie wybranej metalowej grupy choćby ze Skandynawii.
Mało to ambitne, a może po prostu moje roczniki mają nieco bardziej wygórowane oczekiwania.
Covenant – ha i to jeden z kolejnych powodów bycia tego już wieczoru, bo zespół wystartował o 20:10 w tym urokliwym miejscu.
Nowego albumu wciąż brak, oczekiwania moje były, co do nowego materiału live, a tu na jedenaście numerów dwa nowe w tym jeden znany z Castle Party 2009.
Hmm nie rozpieszczają nas panowie Eskil, Joakim i Daniel.
Dla porządku podaję pełny set list:
01. Stalker Intro
02. Stalker
03. 20hz
04. Dynamo Clock
05. Invisible & Silent
06. If I would give my soul
07. The Men
08. Ritual noise
09. Call the ships to port
10. Der Leiermann
Dziwny to był koncert, bardzo wyważony i technicznie zagrany bez tego polotu, swoistego luzu i rewelacyjnego kontaktu Eskila z publicznością.
W żadnym wypadku nie sposób go porównać z występem na ubiegłorocznym Castle Party, to zupełnie inny band jest teraz.
Inaczej poukładany z dużym piętnem odciśniętym przez Daniela.
Czy to dobrze…myślę, że odpowiedzią na to będzie nowy album, jeśli zaś chodzi o live jest nieco nietypowo, jeśli chodzi o zestaw utworów jak nowe aranżacje, w których Daniel maczał swoje palce.
Jakby na to nie patrzeć i co by nie mówić, koncert zagrany z dużą klasą, bardzo profesjonalny i spokojnie powinien trwać kolejną godzinę.
Eskil rozkręcał się z utworu na utwór.
Joakim maksymalnie wyluzowany a Daniel raz za razem robił z pałek wióry masakrując swój zestaw perkusyjny choćby na „Dynamo Clock”.
Bardzo eleganckie wręcz dystyngowane wykonanie „If Gould give my soul”, rewelacyjne „Ritual noise” czy też bardzo interesujące ze względu na mocny udział aranżacyjny Daniela w „Call the ships to port”.
Deser czy też jedyny bis w postaci „Der Leiermann” równie gustowny jak marynarki całej trójki, no może z wyjątkiem Daniela, bo jemu gajer zupełnie nie pasuje.
Front 242 – czy komuś trzeba przedstawiać ten zespół ?!
Headliner wieczoru anonsował swój występ, jako „Best of show!”.
Czy taki był, to zależy, jak kto na to spojrzy, ponieważ dyskografia jest tak obszerna, że zawsze komuś, czego będzie brakowało, jak choćby mnie „Happiness”.
Zaczęli dość nietypowo, bo od spóźnienia, co jest wręcz niepojęte na tym festiwalu i bez zapowiedzi.
Ot tak weszli na scenę przy zapadającym zmroku i zaczęli od „Body To Body”.
Muszę przyznać, że po raz pierwszy widziałem tak szalejącą niemiecką publiczność, dość ostre pogo od samego początku wymagające reakcji ochrony, ale również samego zespołu.
Tradycyjnie podaję set listę, bo to ważne w tym przypadku:
01. Body To Body
02. Together
03. Moldavia
04. Tragedy For You
05. Circling Overland
06. No Shuffle
07. Headhunter
08. Triple X Girlfriend
09. Quite Unusual
10. Funkadafi
11. Lovely Day
12. 7 Rain
13. Religion
14. Welcome To Paradise
15. Take One
16. Im Rhythmus Bleiben
i na jedyny bis
17. Kampfbereit
Zestaw marzeń, zapewne wiele osób byłoby bardzo zadowolonych, ja byłem.
Cała ekipa a więc Jean-Luc DeMeyer, Daniel Bressanutti, Patrick Codenys i Richard “23” Jonckheere rozgrzewała się coraz bardziej wraz z upływającym czasem i kolejnymi utworami.
Start wypadł może nieco blado, ale już od „Tragedy For You” wszystko szło gładko i demolka beatem trwała w najlepsze.
Utwory w zmienionych aranżacjach wymiatały i trudno cokolwiek specjalnie wyróżnić.
Na pewno „Headhunter” „Lovely Day” „Religion” a szczególnie „Im Rhythmus Bleiben” nie zapominając naturalnie o „Welcome To Paradise” powodowały drżenie serca.
Szkoda, że facet pilnujący dźwięku zaspał tego wieczoru, usilnie dążył do tego abyśmy ogłuchli od fatalnie ustawionych przodów.
Muzycznie Front ma zmiatać i ścinać w kolanach stojących pod sceną, ale raczej muzyczną wirtuozeria a nie suwakami konsolety ustawionymi w pozycji max.
Koncert oprawiony był w wizualizację, która nabierała smaka wraz z zapadającym zmrokiem.
Zakończyli lekko przed czasem wzbudzając niepokój, niedosyt i uczucie lekkiego gwiazdorzenia.
Tylko jeden bis, oczywiście wręcz kultowy, ale mogli więcej, mieli czas…
Tak zakończył się pierwszy dzień Festivalowy. Znów pozytywne wrażenie, i znów to uczucie, kiedy wraca się przez industrialny park w Gelsenkirchen chęci powrotu tutaj za rok, a data kolejnej edycji już ustalona25-26 czerwiec 2011.
Pozostaje czekać na zestaw wykonawców.
Zapraszam do galerii
Dodane: July 16th 2010 Recenzent: enjoy Wynik:      Link: Oficjalna strona festiwalu Odsłon: 193 Język: polish
[ Powrót do indeksu recenzji | Komentarz końcowy ] |
|
|