|
Menu strony
|
· · · · · · · · · · · · · · ·
|
|
|
Nadchodzące imprezy . . .
|
· · · · ·
|
|
|
Nowe na stronie
|
Wywiad · Relacja · Bootlegs · Bootlegs · Bootlegs · Bootlegs · Bootlegs · Relacja · Relacja · Bootlegs ·
|
|
|
Logowanie
|
| Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów. |
|
|
Kto jest na stronie
|
Aktualnie jest 15 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.
Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj |
|
|  |
|
Rammstein & CombiChrist

koncert: RAMMSTEIN
suport: CombiChrist
data: 12 marca 2010
miejsce: Atlas Arena - Łódź (Polska)
Po raz drugi w tym roku w dość krótkim odstępie czasu przyszło mi ponownie odwiedzić miasto szpulek, znane bardziej pod nazwą Łódź.
Nie zatarły się jeszcze w mojej pamięci obrazy Atlas Areny po koncertach Depeche Mode a znów siedziałem w rozśpiewanym autokarze ze Szczecina:
” You’ve got a pussy I have a dick ah
So, what’s the problem let’s do it quick…”
kierując się ku wspomnianemu obiektowi z zamiarem celebrowania koncertu Rammstein.
Sam koncert po za rzecz jasna spodziewanym mistycznym przeżyciem miał dać mi odpowiedź jak bardzo zmienił się zespół w stosunku do roku 1997 kiedy po raz pierwszy widziałem ich w katowickim Spodku, czy forma przerosła już może treść (czytaj ogień i fajerwerki spopieliły muzykę) i jak na dużej scenie radę daje sobie Andy LaPlegua i jego Combichrist
Naturalnie nie wyobrażam sobie uczestnictwa w tym koncercie na siedząco, zresztą generalnie uważam tą formę ułożenia ciała podczas koncertu za wielce niestosowną póki rzecz jasna zdrowie dopisuje, więc przepisowo na godzinkę przed otwarciem bram zająłem swoje miejsce w sporej już kolejce oczekujących na wejście do środka.
Jeśli chodzi o organizację nic się nie zmieniło na plus, a co się miało prawo zmienić zawarłem w relacji z koncertów depeche mode, więc nie będę się powtarzał.
Fakt najważniejszy dla mnie, znalazłem się tam gdzie chciałem, czyli jakiś piąty rząd przed sceną.
Zobaczyć jęzory ognia na „Feuer Frei” bezcenne, ale poczuć ten ogień na twarzy bezcenne do kwadratu, zresztą spodziewałem się jeszcze innych doznań wizualnych związanych z bliskością sceny jak również sporej dawki „pieszczot” od ściśniętych w fan zone wygłodniałych muzycznie sympatyków zespołu.
Combichrist dostał swój kawałek sceny i swoje pięć minut.
Uważam, że to wielka sprawa dla nich supportować R+, możliwość zaprezentowania się, co wieczór w pełnej hali, i sprzedać się w pozytywnym tego słowa znaczeniu tym, którzy stojąc w tłumie zastanawiali się, co to za zespół i czy to przypadkiem nie jakieś Emo, bo nazwa jakoś tak pasuje.
Pół godziny kopania po tyłkach w stylu TBM uważam za rewelacyjny czas, gorąco przyjęci przynajmniej w promieniu kilkunastu metrów od miejsca mojego zakotwiczenia spełnili
swoje zadanie wzorowo.
Krew się polała już na samym początku za sprawą „Today I woke to a rain of blood”.
Bębniarze tego zespołu Joe i Trevor usilnie chcieli nas przekonać, że tak naprawdę to nie są do końca normalni a przynajmniej, jeśli chodzi o koncertowy rodzaj transu, w który wpadli.
Z lewej strony pałeczki latały naprawdę wysoko, z prawej zaś woda lała się strumieniami wsiąkając w zestaw perkusyjny jak genialne wygląda później pałker oświetlony światłem reflektora napieprzający w swój zestaw, kiedy z każdym uderzeniem woda tryska na boki to trzeba zobaczyć.
Z_mar opanował zaś centralny punkt sceny rozdzielając obu szaleńców swoim zestawem keyboardów, prezentując się równie demonicznie z gołą klatą i dredami grając po przekątnej na dwóch klawiszach w tym samym czasie.
Nad wszystkim czuwał ojciec chrzestny tej kapeli i techno body music Andy LaPlegua.
Żal nad Icon Of Coil już mam dużo mniejszy widząc jak Andrzej spełnia się w Combichrist, robiąc obłędne rzeczy na scenie wypuszczając demony, które karzą krzyczeć publiczności „Fuck that shit”.
Świetnie przyjęte zostało również „Get your body beat” czy „What the fuck is wrong with you”, nie mówiąc już o dedykowanym „Blut Royale” dla gwiazdy wieczoru.
Koniec imprezy muzycy przyjęli bardzo dosłownie i techniczni musieli zbierać instrumenty, których spotkał dość bolesny los potraktowanych statywem lub po prostu brutalnie „z buta”.
Combichrist awansowało do wyższej ligi, ilość materiału, ogranie sceniczne, wizerunek i pewien pomysł na siebie spokojnie pozwala im ogarniać duże imprezy i być na nich gwiazdą, która przyciągnie publiczność.
Moim zdaniem zdecydowanie był to lepszy mariaż Combichrist-Rammstein, niż Nitzer Ebb-Depeche Mode, a może po prostu publiczność Rammstein jest dużo bardziej otwarta niż hermetyczni jednak fani DM.
Rammstein, wiadomo było, że nadal są w trasie promując „Liebe Ist Fur Alle Da”, i kontynuują tradycję podwójnych koncertów, które dają znaczące kapele „czarnego nurtu” w naszym kraju, The Cure, Sisters Of Mercy, Fields Of The Nephilim czy całkiem niedawno Depeche Mode.
To dobrze, że stajemy się „normalnym” krajem na trasie tak ważnych dla wielu zespołów.
Nie było mnie na jesieni w Katowicach, więc byłem świeży i otwarty na to, co tym razem zaproponują twórcy tanz metalu.
Naturalnie spodziewałem się, że to, co zobaczę przerośnie moje wspomnienia, które wyryły się 13 lat temu koncertem w Spodku, ale nie oczekiwałem, że skala porównawcza pęknie jak bańka mydlana. Trudno jest opisać wrażenia z koncertu, który ludzie porównują do:
„Koncert Rammstein można porównać jedynie do sexu, w dodatku z wielokrotnym orgazmem”.
Coś w tym jest, mając na uwadze ekscesy podczas „Pussy” czy inne seksualne prowokacje zespołu.
Zaczęło się od „Rammlied”…zaczęło się to zdecydowanie zbyt słabo powiedziane.
Zapadła ciemność odsłoniła się kotara i stanęliśmy oko w oko z ciemna ścianą, przez którą wyrąbali sobie wejście na scenę za pomocą kilofa i gitary obaj gitarzyści zespołu.
Za chwilę charakterystyczny syk i efekty przy cięciu palnikiem acetylenowym przypomniały nam, że kogoś na scenie jeszcze brakuje.
W taki właśnie sposób Till Lindemann postanowił wyciąć sobie efektowne wejście.
Kiedy już znaleźli się w komplecie niczym pierwsza salwa artyleryjska zagrzmiało w naszych uszach RAMMLIED, nowy hymn i wizytówka tego zespołu.
Potężna niemiecka maszyna zaczęła się rozpędzać niczym pociąg pancerny mijający kolejne stacje z nowej płyty „B*******”, „Waidmanns Heil”.
Przy tym utworze po raz pierwszy poczułem jak gorąca będzie atmosfera a służby pożarnicze zakończyły drzemkę stojąc w pogotowiu, bo panowie z Rammstein zaczęli zabawę z ogniem na dobre.
Atmosfera wśród zgromadzonych wokół znakomita, dzikie pogo, i totalne szaleństwo trwało w najlepsze przy następnych utworach również: „Keine Lust” – fenomenalne gitarowe show, „Feuer Frei!” z obowiązkowymi ognistymi kagańcami Tilla, Paula, i Richarda.
„Weisses Fleisch” to popis Christophera „Doom” Schneidera, który rządził i dzielił na bębnach, Christiana „Flake” Lorenza, który postanowił sobie urządzić „epileptyk dance”, za co został w dość obsceniczny sposób skarcony przez wokalistę oraz świateł.
Nie da się ukryć, że to być może najlepsze światła w życiu, jakie widziałem na koncercie. Monumentalne show z fantastycznymi reflektorami na podświetleniu spod sceny oraz imponującymi bębnami wypełnionymi reflektorami zawieszonymi nad sceną.
W 1997 roku pamiętam, że również ta kategoria świateł zrobiła na mnie kolosalne wrażenie, wtedy wykonana w kształcie latających spodków, teraz sama konstrukcja i efekt był równie kosmiczny. Wiadomo, że duże stadionowe show, jakie daje choćby U2 ma również swoją genialną oprawę świetlną, ale to Rammstein potrafi wytworzyć pewien specyficzny klimat światłami, które idealnie wpasowują się w prezentowane utwory.
„Wiener Blut” postarał się wstrząsnąć nami.
Zorientowani wiedzą, kto był „inspiracją” do napisania tego utworu.
Bardzo sugestywne dzieci, przepraszam lalki zawieszone nad scena o laserowych oczach i płomyki zapalniczek na widowni, i ten dreszcz na plecach, kiedy na koniec utworu jedna po drugiej wybuchają spadając na scenę.
Wiosna w Paryżu (Fruhling In Paris) odsłoniła nam w końcu scenę w pełnej okazałości.
Monstrualnej wielkości wentylatory, suchy lód i scena skąpana w czerwonej poświacie, do tego udana akcja fanów, to wszystko robi niesamowite wrażenie.
Rammstein postanowił w jeszcze bardziej zdecydowany sposób zaatakować nasze zmysły.
Lindemann wrzucił do podstawionej na scenie metalowej wanny swojego klawiszowca, po czym stojąc nad nią parę metrów w górze na podnoszonej platformie wysypał z trzymanej kanki lawinę żaru, iskier i ognia wprost na swojego kolegę z zespołu.
Okazało się jednak, że Flake to niezniszczalny facet, który w dodatku z całej akcji wydostał się w brokatowym garniturku.
Przeginają ? Być może, ale kto dzisiaj robi podobne numery jak ten czy zabawa z kociołkiem w „Mein Teil” na poprzedniej trasie?!
Ja ich za to uwielbiam, ale muzyka jest równie ważna w ich wykonaniu, co pokazali w „Du Riechst So Gut” jedyna zmiana w set liscie w stosunku do Katowic, rewelacyjny „Links 2-3-4” z maszerującymi gitarzystami i Flake na tym swoim taśmociągu na stanowisku klawiszy, za chwilę zaś płynący w pontonie na morzu podniesionych rąk łowiący dmuchane rekiny.
Nie obeszło się również bez polskiej flagi.
„Du Hast” czekałem i doczekałem się, to był chyba najbardziej gorący z utworów.
Diabeł w piekle nie ma takich fajerwerków na już na pewno takiej maszyny, którą ujeżdżał Till w utworze „Pussy” wytryskując na nas niesamowite ilości piany.
I jak tu się nie bawić jak dziecko, no chyba, że trzeba uważać, aby nie dostać się na scenę przy „Benzin” bo można zapłonąć jak podstawiony przypadkowy fan, potraktowany stosownym płomykiem z przerośniętego dystrybutora.
„Sonne” na ten numer czekało sporo osób, tutaj już bez wydatnej ognistej pomocy, tylko muzyka, podobnie w „Ich Will” nie licząc serii wybuchów i niesamowitego „Ręce do góry” wypowiedzianego przez Lindemanna czystą polszczyzną, którą popisał się dopiero w pełnej krasie na koniec koncertu.
Ostatni utwór wieczoru a przede wszystkim jego wykonanie powaliło mnie na łopatki.
„Engel” i Till niczym anioł ciemności z ogromnymi skrzydłami na sobie naturalnie całość konstrukcji, którą dźwigał wyposażona w elementy pirotechniczne, widok nieziemski, oczu oderwać nie można, wrażenie nie do opisania.
Na tym zakończyli a Till raz jeszcze popisał znajomością naszego języka wypowiadając:
„Dziękuje Bardzo” na co my odpowiedzieliśmy wielokrotnością gardeł:
„Dziękujemy, Dziękujemy, Dziękujemy” w zamian otrzymując:
” RAMMSTEIN KOCHA WAS.”
No cóż…zdaje mi się, że uczucie jest odwzajemnione, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy mogli dać zespołowi dowód miłości i nie będzie to ostatnia trasa i czarne wizje o braku porozumienia w zespole głoszone przez Richarda nie spełnią się.
Zapraszam do galerii
Dodane: March 28th 2010 Recenzent: enjoy Wynik:      Odsłon: 462 Język: polish
[ Powrót do indeksu recenzji | Komentarz końcowy ] |
|
|